Słowa Konstantej
Coś tu zaszło.
Nikogo już tu nie ma.
Coś rozniosło to miasto.
Nawet ja tego nie naprawię.
Naprawiałam już dachy, ale z tego nic nie będzie.
Chętnie zajrzałabym do środka.
Trochę wyszłam z wprawy, jeśli chodzi o włamy.
Nie jest różowy. Jest koloru łososiowego! Ha!
Elegancka kolacja.
No dobrze, ale gdzie jest pieprz?
Kawał skały do lizania.
Trzeba tu trochę więcej czasu.
Sól gotowa do zebrania.
Rozstawmy to jak trzeba.
Dobra jest.
Wiadra. Najwyższy stopień zaawansowania technologii rolniczej.
Po sprawie.
Do niczego się już nie nadaje.
Lepiej niż na targu.
Nie w moim stylu.
To powinno dodać nieco smaku.
Tak. Chyba powinniśmy to zjeść.
Ma dziwną konsystencję.
Smakuje jakby... pieprzem?
Kawał wielkiego, różowego drzewa.
To już nie odrośnie.
Robaczki.
Szkoda, że drzewa nie przeciekają szybciej.
To wiadro jest praktycznie przepełnione!
Straciło nieco koloru.
Chyba niezbyt boją się ludzi.
Ale z ciebie kawał chłopa, nie?
Śpi w pracy.
Partacka chałtura.
To był dom. Kiedyś.
Jak miód, ale z drzewa.
Szanuję świeże warzywa.
Wolę, jak są zielone i smażone.
Nie mam pojęcia, co z nich wyrośnie.
Co tam masz?
Masz coś dobrego?
Świeża, dojrzała rzepa.
Wolałabym ją zjeść z czymś.
Nie mam pojęcia, co z nich wyrośnie.
Osobiście nigdy nie dam się zmielić. Ha!
Nie mam pojęcia, co z nich wyrośnie.
Nie ma sensu nawet próbować go złapać.
Ale płochliwy.
Niech to dunder, to jest całkiem urocze.
Prace wydobywcze idą pełną parą.